'Drzewo Anioła' Lucinda Riley


'To zdumiewające, do czego człowiek jest zdolny w obliczu konieczności.'

Był pomysł, by wszystkie książki kosztowały tyle samo. Średnio to wyszło, więc wprowadziła bym w tej koncepcji małą zmianę. Jeśli chciałabym żeby cokolwiek w książkach było identyczne, to dbanie o ich wydanie. Jeszcze dwa tygodnie temu, powiedziałabym, że nie ma dla mnie większej różnicy, czy czytam w miękkiej czy twardej oprawie, ani ile waży dana książka, bo przyzwyczaiłam się, że noszę w torebce nawet 800 stron. Aż tu przyszło "Drzewo Anioła", które mimo swoich ponad 500 stron, jest lekkie, poręczne, oprawione w pół miękką, pół twardą okładkę (tzw. zintegrowaną), z delikatnie wygiętym grzbietem, który nie ma prawa się złamać, dzięki czemu spokojnie możemy rozłożyć sobie książkę na kolanach, bez strachu, że za chwilę będzie wyglądała jak Lili wyjęta z gardła. Gdy po spędzeniu z tym cudeńkiem od Lucinda Riley kilku dni, przerzuciłam się na miękka okładkę,  z grzbietem, który trzeba było delikatnie otwierać, co by się mu nic nie stało, zrozumiałam czemu takim zainteresowaniem cieszą się zagraniczne wydania. Nie chodzi tylko o wygląd, choć tu Wydawnictwo Albatros też się postarało, ale o wygodę. Mimo, że ogólnie uwielbiam różnorodność, to gdyby wszystkie książki prezentowały się tak dobrze jak ta na zdjęciu, to myślę, że wyszło by nam to na plus.


'(...) Załkał i pokręcił głową. Wiedział, że bez względu na to, co podpowiada mu serce, duma, która dotąd rządziła jego życiem i je niszczyła, znów się odezwała, nie pozwalając mu iść za kobietą, którą kochał.'

Greta po wielu latach spędzonych w Londynie, wraca do rodzinnej posiadłości w Walii, wraz ze swoim wieloletnim przyjacielem David'em. Kobieta lata temu w wyniku wyniku nieszczęśliwego wypadku straciła pamięć. Mężczyzna ma nadzieję, że wyjazd okaże się przełomowy pod tym względem, i znajoma okolica pomoże Grecie w odzyskaniu wspomnień, które według lekarzy są na wyciągnięcie ręki. Jednocześnie obawia się, czy ta jest na to gotowa, ponieważ w czasie ostatnich 30 lat, wydarzyło się bardzo wiele, i gdyby mógł, sam o wielu chętnie by zapomniał. 

'Ale co się stało, to się stało, i obiecał sobie, że nigdy nie zdradzi Grecie swych prawdziwych uczuć. Że będzie miała wszystko, czego potrzebuje. Z wyjątkiem jego serca.'


Greta jest osobą o wielkich marzeniach. Gdy jako młoda kobieta opuszcza dom rodzinny, by poszukać szczęścia w dużym mieście, co przy jej braku doświadczenia i protekcji nie jest łatwe, nie trudno się domyślić, że wyjdzie z tego popisowa kabała. Dziewczyna ma jednak duży atut. Jest niezwykle piękna. W sposób nienachalny, ale przyciągający wzrok. Z braku innych możliwości, zatrudnia się jako tancerka w teatrze, mając nadzieję, że wypatrzy ją jakiś producent, czy reżyser, i lada chwila będzie gwiazdą światowego formatu. Tęskni też za wielką miłością, by miał się nią kto zaopiekować, i komu ze spokojem mogłaby oddać serce. Jest przecież dobrym człowiekiem, więc czy i do niej los nie mógłby się uśmiechnąć? Tak też się w końcu dzieje. Ambitna, pracowita i bardzo uczuciowa, spotyka na swojej drodze kolejne szanse na poprawę życia. Zbyt szybko jednak zapomina, że na kłamstwie nie sposób zbudować trwałych relacji, a ponieważ dodatkowo nie uczy się na błędach ani cudzych ani swoich, to ta droga prędko przestaje być usłana różami. I tak też na świecie pojawia się jej córka - Czeska. Jako matce przyjdzie jej podjąć dużo trudnych decyzji. Jedną z nich jest zaangażowanie czteroletniej dziewczynki w karierę filmową. Choć mała wygląda jak aniołek, może się okazać, że pod blond grzywą skrywa ostre różki.

'Jeśli nie możesz ich pokonać, to się do nich przyłącz.'

Lucinda Riley przedstawia nam sagę rodzinną. Na przestrzeni około czterdziestu lat poznajemy wzloty i upadki ludzi, których wiąże więcej niż tylko więzy krwi. Poznajemy definicję miłości, przyjaźni, oraz troski, czy nawet zdrowia psychicznego. Na trochę ponad pięciuset stronach splata się wiele ekscytujących czytelnika wątków, co jednocześnie daje nam pełny obraz świata, w którym żyją bohaterowie tej powieści. Akcja, podzielona między dwa okresy - przeszłość, rozpoczynającą się w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym, i teraźniejszość, czyli grudzień tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty, pozwala dobrze zrozumieć napięcie wyczuwalne na każdej stronie, które zaświadczam, udziela się czytającemu już po pierwszych rozdziałach. Nie jest to jednocześnie książka, w której autor próbuje manipulować odbiorcą, i wprost powiedzieć kogo mamy lubić, a kogo nie. W całej tej skomplikowanej historii przeplatają się światłocienie, gdzie ciężko osądzić, po której stronie leży wina za obecną sytuację. Myślę, że wielu może podobać się właśnie dlatego, że tak dobrze oddaje prawdziwe życie. Ludzie lubią sobie zadawać pytania w stylu "a co gdyby?". I tak Grata, jak i David też często to robią. Szczególnie, gdy na scenę wkracza Czeska, córka kobiety. I jednocześnie młoda gwiazda kina. Wątek, który jej przypisano wbija w fotel, i zmusza do zastanowienia jak kiedyś wyglądał świat po drugiej stronie szklanego obrazu, i o ile różni się od tego, który mamy dziś. Gdzie zaczyna, a gdzie kończy się sztuka. Ile można dla niej poświęcić, i kiedy powiedzieć "dość", nawet jeśli w grę wchodzą wielkie pieniądze. Choć cała historia przedstawiona przez Riley to fikcja literacka, nie sposób nie zastanawiać się ile dziewczynek takich jak słodka Francesca, ucierpiało na ambicjach swoich rodziców.

'Ale jeśli życie czegoś mnie nauczyło, to tego, że nie wolno marnować ani jednego dnia. I co ważniejsze, jeśli kochasz kogoś, to powiedz mu, na litość boską, co czujesz.'

Na przestrzeni całej fabuły możemy zapoznać się z narracją wielu postaci. Występują tu nie tylko Greta i jej mąż, a także córka, której myśli wnoszą do tej historii najwięcej grozy, ale także wspomniany wcześniej David, oraz jego matka. Znaleźć możemy tu również krótkie epizody pomniejszych osób. Całość miejscami zakrawa o operę mydlaną, albo melodramat, w zależności od konkretnej sceny, ale wszystko to pięknie się uzupełnia. Dawno nie czytałam tak dobrze poprowadzonej intrygi, przy rozłożeniu akcji na tyle lat, i tyle pomniejszych wątków. Autorka nie zapomina o niczym. Każda wąska ścieżka na końcu jest domknięta, choć pozostawia nam też pole do popisu, bo ostatecznie zakończenie jest otwarte. I mimo, że momentami ma się ochotę albo wyrzucić całą tę pięknie wydaną książkę przez okno, ale nawet spalić ją w piecu, to ostatecznie wykonano tu kawał dobrej roboty. Nie wszystko musi nam się podobać, nie w każdej sytuacji zachowalibyśmy się tak altruistycznie ją David, czy umielibyśmy przejrzeć kogoś na wylot jak jego matka LJ, bo też i na co dzień nie jest to łatwe, jednak przekaz "Drzewa Anioła" daje czytelnikowi ważna lekcję, a jednocześnie pozwala zachować nadzieję, że dobro wraca. Przy czym przede wszystkich jest po prostu dobrą lekturą. Choć akcja rozgrywa się zimą, to będzie się nam ją równie dobrze czytało o każdej innej porze roku. Niech nikogo nie zmyli ilość stron, czy mnogość tematów - gdy raz usiądziecie do książki Lucindy Riley, nie będziecie mogli się od nie oderwać!

'Zamykanie serca na kłódkę tylko dlatego, że zostało kiedyś zranione, nie jest wyjściem z sytuacji.'

Bastuba

'Niekrólewska wyprawa' Krzysztof Pławecki


'(...) Twa trasa, czasem żmudna, w pewnych miejscach bardzo trudna, dała wiedzę najwspanialszą. Z nią wyruszysz w drogę dalszą!'

Od małego jestem wierna jeden książce, i nie jest to Biblia, a "Baśnie" Christiana Andersena. Mocny wstęp jak na recenzję bajki dla dzieci, no nie? Cóż poradzić, kiedy to prawda. Biblię poznałam dużo później, a czytanki są ze mną odkąd sięgam pamięciom. Wychowałam się na różnych książkach, ale to te pierwsze historyjki mają w moim sercu szczególne miejsce. Dlatego, kiedy teraz kupuję bajki dla dzieci koleżanek, czy kuzynki, zwracam uwagę, żeby coś sobą reprezentowały. Podprogowo bowiem, młodziaki zapamiętują więcej niż się dorosłym wydaje.  

Pewien król żyje sobie wygodnie na zamku, śpiąc w wielkim, wygodnym łóżku, dostając pod nos ulubione przysmaki, wydając rozkazy i nieinteresując się losem swoich poddanych. Nie jest okrutny, tylko wygodny. Pewnego dnia, w jego progach pojawia się mędrzec, zapewniający króla, iż wie o istnieniu księgi, tak mądrej, że zapewni szczęśliwe życie jego poddanym, wojsko się rozrośnie, a kraina będzie mlekiem i miodem płynąca. Jest tylko jeden warunek. Władca musi udać się po nią samotnie. I to incognito. Tylko w ten sposób posiądzie ukrytą na jej kartach wiedzę. Jan, bo tak też na imię miał monarcha, decyduje się podjąć wyzwanie i rusza w całkiem Niekrólewską wyprawę. 

Jan na swojej drodze napotyka wiele problemów, dzięki którym ma możliwość lepiej poznać nie tylko swój kraj, który dotąd oglądał tylko zza zamkowych okien, ale również swoich poddanych. Co ważniejsze jednak, okazuje się, że do tej pory mało znał także siebie samego. Podróż w jaką z takim zapałem wyruszył, może okazać się kompletnie inna, niż początkowo oczekiwał. Ma się rozumieć, pojawia się również pytanie, czy w ostatecznym rozrachunku, ważniejszy będzie cel, czy sama droga? 

Krzysztof Pławecki postawił w swojej bajce na rymowanki. Dzięki temu, dzieciakom z pewnością łatwiej będzie poznawać losy pewnego delikatnie ciapowatego króla. Doda to także humoru przeżywanym przez niego przygodom. Styl jest prosty, rymy śmieszne, przekaz jasny. Postacie na tyle charakterystyczne, że łatwo je polubić i zapamiętać, a ukryta między wierszami wiedza, nie przytłoczy młodego odbiorcy. Widać, że treść została dobrze przemyślana, więc efekt zadowoli tak samo dzieci, jak i ich rodziców. A dzięki temu, że sama historia jest króciutka, bo mamy tu zaledwie pięćdziesiąt cztery strony, będzie to idealna lektura przed snem. 

Trzeba przyznać, że autor dołożył wszelkich starań, żeby cała publikacja była przyjazna czytelnikowi. To jak staranie jest wydana, z dbałością o każdy detal, robi wrażenie. Nie tylko twarda oprawa, ale i okładka przyciąga wzrok, dzięki "śliskim" / mieniącym się elementom. Środek książki wita nas po królewsku, bo każdy skrawek zajmują korony, a dalej zaczynają się przepiękne ilustracje. Widać, że tworzone z pasją i pomysłem. Nawet takie drobiazgi jak numeracja stron, nie zostały pominięte, i idealnie wkomponowują się w kolejne, kolorowe kartki. Gdyby więc treść nie zachwycała, to dla oka i tak byłaby to wielka gratka. Na szczęście historia króla, który powinien trochę popracować nad masą swojego ciała, została bardzo dobrze nam podana. Z humorem, ciekawie i mądrze. Bo nie sztuka wymyślić oryginalną fabułę, kiedy nie umie się jej z pomysłem przedstawić. Tu można się i trochę pośmiać i czegoś nauczyć. Yin i yang w pigułce. Albo raczej w syropie. Bo to w końcu idealna wyrób dla dzieci. 


Bastuba


Seria "Kwiat paproci" Katarzyna Berenika Miszczuk

  

  


'Mało to się słyszy o zaginięciach, zabójstwach i innych tego typu rzeczach? Poza tym największymi psychopatami zawsze okazują się ci najspokojniejsi sąsiedzi, których nigdy nie podejrzewałoby się o mordercze skłonności.'

Recenzja w cytatach. Jestem w tym coraz lepsza, bo i jak lepiej oddać ducha jakieś książki, jeśli nie poprzez jej fragmenty? Szczególnie, że Katarzyna Berenika Miszczuk ma tak charakterystyczny sposób pisania, i tak fantastyczne poczucie humoru, że bardzo dobrze zareklamuje się sama. O tym dlaczego lubię sięgać po książki spod jej ręki pisałam już przy okazji przybliżania Wam "Wilka" i "Wilczycy", tu więc stety, niestety będę musiała się powtórzyć. Wciąż bowiem jestem pod wrażeniem tak dokładnie zbudowanego świata kompletnie innego niż nasz, choć jednocześnie jest tu mniej fantastyki, niż mogłoby się oczekiwać. O czym więc jest cykl "Kwiat paproci"?

'Słyszałam co nieco o tych "biesiadach" na wsiach. Podobno, po każdej takiej imprezie dziewięć miesięcy później, wzrastał w naszym cudownym kraju przyrost naturalny.
'
Każdy ma w sobie pierwiastek zła. Ludzie bez skazy nie istnieją.'


'
- Pasujesz do swojego konia - palnęłam rozpaczliwie, byle tylko zmienić temat. 
Od razu pożałowałam swoich słów. A jednak istnieją granice poniżenia, których jeszcze nie przekroczyłam.
- Słucham? - zdziwił się.

- Chodzi mi o to, że obaj jesteście potężni - brnęłam dalej. 

- Dobrze, przyjmę to jako komplement.'


Gosława Brzózka, zatwardziała ateistka i przeciwniczka uskuteczniania przesądów i zabobonów, chce zostać lekarką. Aby tego dokonać, musi przejść w ramach studiów roczne praktyki u szeptuchy. Pech chciał, że ta która zostaje jej przydzielona, mieszka w rodzinnej wiosce jej matki - Bielinach. Mimo, że dziewczyna przywykła do życia w mieście, gdzie stare praktyki są na wymarciu, a o boginkach czy upirach wszyscy dawno zapomnieli, teraz przyjdzie jej się zmierzyć ze światem przyrody i złośliwych bogów, którzy potrafią dać ludziom ostro do wiwatu. A jeśli tego nie byłoby mało, to na drodze Gosi pojawia się Mieszko - uczeń miejscowego Żercy. Przystojny tak, że aż dziewczynę boli od samego patrzenia na mężczyznę. Szybko okaże się, że ciężko opierać się magnetyzmowi, jaki rodzi się między tą dwójką. Do tego przygody, które czekają młodą Brzózkę w czasie tych nauk, z pewnością nie śniły się filozofom. Tylko co ma do tego galimatiasu kwiat paproci? 

'Okazało się, że w piwnicy swojej willi posiada całkiem niezły sprzęt do tropienia i zabijania upirów. Miała w swoich zbiorach między innymi sieć z cienkich żeliwnych kółeczek, mnóstwo pistoletów, noży, toporów i maczet (tak, maczet), a także sporo sprzętu do tortur, którego nie powstydziliby się średniowieczni łowcy czarownic i hiszpańska inkwizycja razem wzięci.
Gdy Mieszko wszedł do jej piwnicy, miał minę zachwyconego dziecka. A na widok średniowiecznego dwuręcznego miecza prawie zaczął podskakiwać z radości.'


Podstawą całej fabuły są wierzenia słowiańskie, oraz malutka zmiana w historii naszego państwa. Otóż w świecie wykreowanym przez Miszczuk, Mieszko I nie przyjął chrztu. Chrześcijaństwa nie ma. Nic. Zero. Null. Ani jednego przykazania świętego czy małego kościółka. Jest za to ogrom boginek, wąpierzy, ubożąt i innych płanetników. Okazuje się, że nasi przodkowie na każdą biedę mieli nazwę. Albo talizman, czy ziółka. W sam środek tej kabały zostaje wrzucona dziewczyna, która ni w ząb nie wierzy w istnienie bogów. Jest do bólu praktyczna, przyrodą się brzydzi, i najchętniej zdezynfekowałaby każdy metr kwadratowy wsi w jakiej przyszło jej przez rok mieszkać. To chyba najbardziej mi się w tej książce podoba. No może po za ciętym humorem, i postacią Baby Jagi, czyli szeptuchy - nauczycielki. Gosia bowiem staje w opozycji do wszystkich bohaterek z powieści fantastycznych, które wrzucone w sam środek kompletnie nieznanego im środowiska, potrafią się szybko zaaklimatyzować, od razu są przez wszystkich lubiane, nowe umiejętności nabywają i opanowują 'ot tak', i właściwie, to one zawsze wiedziały, że są wyjątkowe. Brzózka długo broni się przez wszystkich, czego się od niej nagle wymaga. Nie chce porzucić swoich przekonań, i przez całą serię nie zatraciła charakteru, mimo, że przeszła niejedno i wiele złego widziała. Dla mnie to ogromne zaskoczenia na plus. Dzięki pierwszoosobowej narracji możemy tak jak ona czuć strach, niechęć i niezdecydowanie, przed zaufaniem nowym postaciom. A przyjdzie jej się zmierzyć również ze zdradą, stratą i walką o życie. Bo to co dziewczyna brała za legendy, zaczyna przybierać realne kształty, i może dać się poznać jako wyjątkowo krwiożercze. Ha! A tu trzeba się też zmierzyć z uczuciami do Mieszka. Mężczyzna zdaje się czekać na Gosią za każdym rogiem, a co gorsza jej to wcale nie przeszkadza. Tylko czy to zauroczenie przyniesie więcej dobrego, niż złego? Ot i zagwozdka. Muszę przyznać, że ten bohater chyba kupił mnie w całej serii najmniej. Więcej charyzmy miały postacie drugoplanowe, albo bogowie. Czegoś mi tu zabrakło, mimo, że chemia między nim, a uczennicą szeptuchy była wyczuwalna. Może po prostu zawsze trzeba mieć jakieś 'ale'? 

'Jedno można śmiało powiedzieć o Słowianach – umiemy się dobrze bawić.'

'- Przy panu Leszku trzeba być ostrożnym
- Przecież wyglądał sympatycznie
- Trzymał w ręku siekierę - mruknęła - Wobec każdego kto ma broń, należy być ostrożnym.'


Nie da się nie podkreślić jak zabawna jest to lektura. Mimo, że każdy tom ma przynajmniej czterysta stron, to dzięki wewnętrznym monologom głównej bohaterki, której nie brakuje ciętego humoru, a nawet potrafi sama ze sobą prowadzić dialogi, od których człowiek ze śmiechu traci oddech, czytelnik się nie nudzi. Przez całą akcję dosłownie się płynie. Wszystko jest przemyślane tak, by po rozwiązaniu jednej zagadki, przejść płynnie do kolejnej, i gdyby nie fakt, że wszystkie tomy są już wydane, to chyba obgryzłabym wszystkie paznokcie, czekając co też się po pierwszej czy drugiej części wydarzy. A zakończenie trzeciej? Tortura! Zalecam zatem, aby mieść pod ręką całą serię, inaczej nocnice mogą Was nawiedzać w nocy. Jakby co, ostrzegałam! :)

'Zgodnie z tradycjami, przez całą zimę, aż do Nocy Kupały, nie wolno było kąpać się w rzekach czy jeziorach, gdyż groziło to śmiercią z rąk boginek. Według mnie osoby kąpiące się zimą w jeziorach umierały raczej na zapalenie płuc niż na chucie niemożliwe do spełnienia, które nasyłały na nieszczęśników rozchichotane rusałki, ale co ja tam wiem.'

'- Ja ci mówię Gosia, że jeszcze kiedyś skończymy w łóżku - zawyrokował pakując torby na tylne siedzenie.
- Chyba szpitalnym - prychnęłam.
- Byle pod jedną kołdrą.'


Trzeba przyznać, że w dobie wałkowania ciągle tych samych schematów miło przeczytać coś nieszablonowego. Tu, jeśli wykorzystywane są stereotypy, to tylko po to, żeby je przekoloryzować, i nadać danej postaci komicznego wydźwięku. Wszystko ze smakiem i umiarem. Gdy teraz wracam do tych bohaterów, mam poczucie, że nie zmieniłam swojego zdania, i wysokie noty jakie przypisałam każdej z książek, nie były wywołane hajem po skończeniu miłej lektury, tylko w pełni świadoma, mogę ją polecić i tym, który mitologię lubią, i tym, którzy tylko chcieliby trochę ubarwić sobie długie wieczory. Po cichu liczę nawet, że autorka nie powiedziała ostatniego słowa, i Gosia, albo inna postać z szeptuchowego uniwersum, zaszczyci nas jeszcze swoją obecnością. Bo choć wspaniale jest zejść ze sceny w szumie oklasków, to dobry bis jeszcze nikomu nie zaszkodził. 

'- Nie cierpię polityki - odparł z niesmakiem - Wszystkie te oślizgłe gnidy, które nigdy nie mówią tego, co na prawdę mają na myśli. Wszystkich należałoby ściąć za kłamstwa.'

'Czasami strata łączy, a czasami rozdziela.'

'Mam coraz więcej dowodów na to, że moje życie zaprojektował jakiś chory umysł.'

'- Spotkałeś kiedyś jakiegoś boga? - zagadnęłam. Spojrzał na mnie kompletnie zaskoczony. Na jego ustach błąkał się rozbawiony uśmiech.
- Nie - odparł. - Wiesz, oni raczej nie pojawiają się osobowo przed swoimi wyznawcami. Możemy czuć jedynie ich duchową obecność. Rzeczy, o których mówisz, dzieją się tylko w filmach.
Ha! Pomieszka chwilę w Bielinach, to się bardzo zdziwi.'


'Nagle na schodach w domu rozległ się rumor. Spojrzeliśmy oboje w tamtą stronę. Mieszko, o mało nie łamiąc nóg, zbiegał na dół z szaleństwem w oczach. W lewej dłoni trzymał sztylet. Wszystko jeszcze byłoby do wytłumaczenia, gdyby nie to, że leciał nagusieńki, jak bogowie go stworzyli.
Listonoszowi o mało oczy nie wyszły z orbit.'

'Każda trauma po czasie blednie, zmniejsza się i oswaja, po jakimś czasie można z niej żartować.'


Bastuba



'Odpuść sobie i żyj' Fabrice Midal


'Dlaczego człowiek z taką łatwością rezygnuje ze swojej wolności, żeby podporządkować się drugiemu człowiekowi? (...) Nie możemy się nauczyć być, kochać, decydować o rzeczach dla nas fundamentalnych, oddając się pod władzę kogoś innego.'

Ciężko oceniać i polecać książkę, która najpewniej obroni się samym tytułem i kilkoma cytatami. Nigdy zresztą nie byłam wielką fanką poradników, bo przecież przeważnie to zbiór oczywistych faktów, które każdy zna, i nie musi dodatkowo płacić, żeby ktoś mu je wykładał łopatologicznie na stół. A jednak jak udowadnia Fabrice Midal, to że o czymś wiemy, nie znaczy, że łatwiej nam się do tego stosować. 


'Zamiast kształtować ludzi w duchu przyjętym przez społeczeństwo, powinniśmy uczyć ich myśleć i być wolnymi!'


'Odpuść sobie i żyj' to nie poradnik o medytacji, ani życiorys autora. Nie dowiemy się z niej jak poprawnie oddychać, ani jak w siedmiu krokach zbudować swoje życie od podstaw. W kilkunastu rozdziałach, podzielonych wedle kolejnych czynności, których NIE powinniśmy robić, możemy dowiedzieć się, czemu tak często paraliżuje nas stres. Czemu tak trudno przyznać się do błędu, walczyć o swoje czy być tu i teraz. Na życiowych przykładach, trochę ironicznie, pojawia się przed nami idyliczny obraz świata, w których łatwiej się uśmiechać, żyć po swojemu, może trochę wolniej i uważniej. Tylko wbrew temu, że użyłam swoja "idylla", to wszystko jest możliwe. Wystarczy sobie odpuścić.

'Kiedy ktoś zataja przed nami, że mądrość jest drogą, a nie celem, to znaczy, że nas oszukuje. Mądrość jest trudną drogą, na której nie chcemy się znaleźć w dobie udogodnień.'

Takie proste, a takie trudne w wykonaniu. Czemu? Bo w czym całym codziennym pędzie, ciężko znaleźć czas na wyciszenie się, spokojny oddech. A bez chwili na zrozumienie co aktualnie czujemy, ciężko zdecydować co robić dalej i w którą stronę podążyć. Midal nie daje gotowych odpowiedzi, ani uniwersalnych porad "jak zbawić świat", to raczej przypomina rozgrzeszenie, że nie musimy być idealni, bo taki stan nie istnieje. Czasem chodzi też o drogę, nie o cel, a najwięcej uczymy się z porażek, nie z wygranych. To i wiele więcej jest w tej książce. Nie chcę za wiele zdradzić, ale uważam, że jest to dobry pstryczek w nos, i to nie tylko dla korporacyjnych szczurów. 

'Zdecydowałem się na medytację nie dlatego, by się ukryć przed światem, wprost przeciwnie - zrobiłem to, żeby lepiej się ze światem zintegrować. Zacząłem medytować nie dla odcięcia się od cierpienia, od problemów z nim związanych i zmartwień, ale żeby z lepszej pozycji rozpocząć taniec z rzeczywistością.'

Dużą siłą tej książki, są odniesienia do popkultury, znanych wszystkim tytułów, takich jak "Mały Książę", czy filozofii starożytnej, oraz prosty język i brak wywyższania się nad innych. O tym zresztą też jest tu kilka słów. Gdyby każdy kto chce przekazać jakąś wiedzę, podchodził do tematu z taką pokorą, zawód nauczyciela może byłby lepiej postrzegany. Zresztą patrząc pod tym kątem, nie mamy tu typowego poradnika, dlatego nada się dla osób, które do tej pory za tym gatunkiem nie przepadały. Midal zdaje się pisać w sposób, dzięki któremu czujemy, że jest obok nas, i po prostu spotkaliśmy się na rozmowę przy herbacie. Trzeba przyznać, że niewielu to potrafi. Tu więc, po za sporą dawką wiedzy, możemy liczyć na miło spędzony czas. Wątpię również, że będzie to przygoda na raz, bo do wielu znalezionych tu słów, można wracać z przyjemnością. Bo dobrze, żeby ktoś nam raz na jakiś czas powiedział "odpuść i zacznij żyć!".

'Nawet w swoim odosobnieniu na górze Athos największy asceta nie chroni się przed emocjami. Co więcej, to w samym środku cierpienia, czyli w piekle, może się narodzić spokój ducha.'

Bastuba

'Przestań się powstrzymywać - zacznij pragnąć. Zbawisz świat...'

'Tajemnica pod jemiołą' Richard Paul Evans




"Przeszłość jest lekcją, nie wyrokiem. Odetnij się od niej."


Jest taki okres w roki, w którym człowiek bardziej potrzebuje ciepła, optymizmu i przypomnienia, że jest na świecie dobro i miłość. Jest to czas, w którym za oknem szybciej robi się ciemno, w mieszkaniu chłodno, a przy kontaktach z ludźmi wyczuwa się melancholię i jakiś wewnętrzny smutek. Tak działa nadejście zimy. Gdy brakuje nam słońca i witaminy D, musimy zrekompensować to sobie w inny sposób, niż wizyta w solarium. Zamiast więc rujnować się finansowo regularnymi wizytami w salonach piękności, można chwycić się starych metod, i popijając gorącą herbatę z cytryną, albo czekoladę, oddać się rozgrzewającej serce lekturze. Bo kto lepiej, niż Richard Paul Evans opowie nam romantyczną bajkę o tym, że miłość jest najlepszym lekarstwem na samotność, i jeśli otworzymy swoje serca, to nadzieja i wiara poprowadzą nas w kierunku wytęsknionych ramion ukochanej osoby?



"Człowiek może być sam, ale wcale nie musi być samotny, i na odwrót."

Alex jest handlowcem. Twardo stąpającym po ziemi, nielubiącym szalonych pomysłów, i odkąd zostawiła go żona, bardzo samotny człowiekiem. Jeszcze nie tak dawno wierzył, że żyje w szczęśliwym małżeństwie, może nie idealnym, ale takim, w którym nikt go nie zdradzi, nie oszuka i nie okradnie. Okazało się, że mało wiedział nie tylko o kobiecie, którą poślubił, ale też o ludziach ogólnie. Postanowił, że to ostatni raz, gdy ktoś o okłamał. Więcej się nie nabierze. Tylko ta przerażająca samotność, gdy wracasz do domu i nikt nie czeka. Nikt nie tęskni. Nikt nie kocha. Jak długo można żyć w tej sposób? Zbliżają się kolejne święta, a on znowu spędzi je samotnie. Gdy podczas jednej z bezsennych nocy, przeglądając internet, trafia na bloga, którego autorka opisuje swoje przemyślenia na temat samotności, które Alex tak dobrze zna, mężczyzna podejmuje decyzje, która ma nadzieje, że odmieni więcej niż jedno nieszczęśliwe życie. Postanawia bowiem odnaleźć dziewczynę o tajemniczych inicjałach LBH, bo może to ona jest mu przeznaczona? W końcu raz się żyje, a o miłość trzeba walczyć! Tylko czy można zakochać się tylko w czyichś słowach? Czy takie uczucie jest czegoś warte? 

"Boimy się skoczyć, ponieważ boimy się upaść. Boimy się bólu. Mimo to musimy skakać, bo tylko wtedy możemy mieć nadzieję, że ktoś nas złapie."


Jeśli ktoś posiadł sztukę rozkochiwania w sobie ludzi, tylko poprzez słowa, to jest to właśnie Evans. Od lat w okresie świątecznym sięgam po jego książki, i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Zawsze poprzez pisane historie, potrafi podnieść na duchu, i przypomnieć co jest w życiu najważniejsze. Tym razem, dając nam postać Alex'a mówi, że bez odwagi, niczego nie osiągniemy. Bo czy to nie podejmowanie ryzyka i walki, wywindowuje nagrodę na wyższe podium? "Tajemnica pod jemiołą" opowiada o samotności. O chłodzie jaki czuje człowiek, który nie ma z kim dzielić życia. Bo choć są ludzie, którzy ciepło drugiej osoby zastępują gonitwą o lepszą pracę czy satysfakcje na innych polach, tak człowiek z natury jest istotą stadną. Raz zraniony, niechętnie podejmuje kolejne próby obdarzenia kogoś zaufaniem, ale głęboko ukrytych pragnień nie sposób oszukać. Czasem popycha nas to do szalonych czynów, co widać na przykładzie tej książki. Może jest to w jakiś sposób odrealniona opowieść, ale to nie fakty mają tu największe znaczenie. Evans tak jak twórcy bajek, chce przypomnieć nam tylko o wartościach, jakie na co dzień gdzieś nam umykają. I jak zawsze, robi to rewelacyjnie.

"Wiedziałeś, że ilość czasu, który spędzasz w internecie, jest odwrotnie proporcjonalna do Twojego ogólnego szczęścia i więzi z innymi ludźmi?"


Choć akcję podzielono na niespełna trzysta stron, gdzie marginesy są szerokie, a litery duże, to fabuła jest dobrze wyważona. Czytelnik się nie nudzi, bo po szybkim wprowadzeniu następuje akcja, gdzie śmiechu jest dość dużo, szczególnie przy poszukiwaniach tajemniczej LBH. Już od progu naszego bohatera wita Pani Burmistrz, która podejrzewa, że Alex może być seryjnym mordercom. Później zdarza mu się być mylonym z hydraulikiem, domokrążcą, a nawet pewna babcia, proponuje mu, by został jej wnuczkiem. Zanim więc jakikolwiek romans ma szanse się rozwinąć, można się ubawić jak na porządnym kabarecie. Małe miasteczko bowiem, w którym ponoć znajduje się tajemnicza blogerka, ma swój charakter. To również nadaje całej historii wyjątkowego klimatu. Nie zabraknie dzięki temu momentów, gdy łezka się w oku zakręci, i trzeba będzie sięgnąć po chusteczki. Co tu więcej mówić. Evansa w Evansie sto procent.

"Taka dziewczyna. Piękna wewnętrznie i zewnętrznie. Jedna z tych niewielu kobiet, które nie wiedzą, że są piękne. (...) Chyba takie są Polki. I cala Polska."


Choć to ostatni tom "jemiołowej" trylogii, to po za sentymentem, czuję też radość. Jestem bardzo ciekawa co autor zaproponuje nam za rok, bo w to, że w okresie świątecznym zostaniemy bez żadnej jego książki, nie jestem skłonna uwierzyć. Wyjątkowy styl pisania, tworzenia bohaterów i sprawienie, że człowiek czuje, że miłość nie jest produktem deficytowym, to szczególny dar, więc jeśli jest coś, co powinno się zalecać pacjentom cierpiącym na spadek energii, gdy słońca na niebie coraz mniej, to oto trochę ciepła na papierze. Nic tylko zażywać w dużych ilościach. 

"Na świecie jest mnóstwo nieodkrytych skarbów. Większość z nich to ludzie."


Bastuba

"A jeśli najlepiej strzeżoną tajemnicą świata było to, że wszyscy ludzie są samotni?"


'Uleczone dusze' Tillie Cole



"Na tym polega cały urok wolnej woli, Lilah. Postępujemy zgodnie z własnym wyborem. W przeciwieństwie do tego, jak żyłyśmy w społeczności, tutaj jesteśmy paniami własnego losu."


Często jest tak, że gdy poznajemy daną historię w pierwszym części serii, i od razu widać, że zanosi się na wielotomową przygodę, z niektórymi bohaterami zaprzyjaźniamy się bardziej, z innymi mniej. Gdy przeczytałam "To nie ja, kochanie", szczególną sympatią zapałałam do Flame'a i Maddie, bo wydawali się najciekawsi z całej tej Kaciej familii. Czekałam więc na książkę poświęconą tym konkretnym bohaterom, głęboko wierząc, że musi mi się spodobać. MUSI! To mniej więcej całkiem dokładnie pokazuje jak duże miałam względem tego tytułu oczekiwania. Czy Tillie Cole sprostała oczekiwaniom? Odpowiem niczym rasowy psycholog. To zależy.

"Słowa mogą zranić. Milczenie może uleczyć."


Flame zabił proroka, który od lat znęcał się nad Maddie psychicznie i fizycznie. Wmawiał jej, że jest grzeszna, a jej piękno sprowadza mężczyzn na złą drogę. Mimo, że zawsze miała wsparcie swoich sióstr, dopiero spotkanie groźnego motocyklisty pozwoliło dziewczynie uwolnić się od męczących wspomnień i uwierzyć, że życie ma do zaoferowania więcej, niż cierpienie i strach o każdy kolejny oddech. Szybko okazuje się, że i dla Flame'a to wydarzenie będzie miało przełomowy charakter. Od tej chwili centrum jego wszechświata stanie się drobna brunetka, o zielonych oczach, w których do tej pory zbyt często pojawiało się przerażenie. Mężczyzna poprzysięga, że będzie jej bronił, aż do ostatniej kropli krwi. Te słowa mogą okazać się bardziej prorocze, niż ktokolwiek mógł przewidzieć. 

" - Nazywał mnie debilem. Bo... bo nie patrzyłem na rzeczywistość tak jak inni. (...) Wiem, że jestem inny. Wiem, że nie rozumiem świata tak jak inni. Ale chcę zrozumieć twój świat Maddie. Nawet jeśli to będzie jedyny świat, jaki kiedykolwiek zrozumiem."


Moją największą romansową słabością, jest przyciąganie się przeciwieństw. Skoro więc Flame jest uosobieniem agresji, siły i nieprzewidywalności, a Maddie to strachliwa, delikatna i spokojna dziewczyna, to wcale się nie zdziwiłam, że właśnie oni najbardziej przyciągnęli moją uwagę. Do tej pory pojawiali się na kartkach opowieści sporadycznie, więc przebierałam nogami na myśl, że już za chwilę dostaną własną książkę. Bo ileż ten Flame mógł sterczeć pod oknem pokoju, który Maddie dzieliła z siostrami? Ile raz jeszcze miał narazić dla niej życie, żeby zamienili ze sobą więcej niż trzy słowa? I to inne niż te w stylu "Ty Jane, ja Tarzan. Tarzan chronić Jane"? W końcu się jednak doczekałam, a to w jakich zdarzyło się to okolicznościach, dodało sytuacji dreszczyku. Mężczyzna bowiem wylądował w szpitalu, i to przez Lilah! Kobieta w totalnym amoku strzeliła w kierunku Maddie, a że Tarzan... to jest Flame, był w pobliżu, to przyjął kulkę na siebie. Na ostatnich stronach "Uleczę twe serce" dowiadujemy się, że wypisał się ze szpitala, i odkrywszy, że najmłodsza z przeklętych sióstr przebywa w kościele, wpadł w szał. Co było dalej? Ha! Tego dowiadujemy się w "Uleczonych duszach". Po tej podnoszącej ciśnienie końcówce drugiego tomu, spodziewałam się, że trójka będzie tak naszpikowana akcją, że nikt nie wyjdzie z tego żywy. Nie mogąc doczekać się polskiej premiery, sięgnęłam po oryginał... i przeżyłam głębokie rozczarowanie. Autorka do tego stopnia skupiła się na wiarygodnym przedstawieniu nam przeszłości tej dwójki, że teraźniejszości poświęciła naprawdę mało uwagi. Dodatkowo, ponieważ Flame do rozmownych nie należy, a Maddie nie cierpi na schizofrenię, żeby rozmawiać sama ze sobą, to za wiele dialogów tu nie znajdziemy. Jest za to dużo retrospekcji, wewnętrznych monologów, opisów uczuć i tak dalej. Wbrew pozorom, co niemiara tu psychologicznych odniesień. Wiąże się to zapewne z traumatycznymi doświadczeniami naszych bohaterów, bo i Maddie w Społeczności nie miała łatwo, w końcu po ucieczce Mae była karana poprzez grupowe "zbliżenia" z członkami tej chorej sekty, a Flame był nękany przez ojca. Ten właśnie, nie potrafił zrozumieć, że to iż jego syn jest małomówny, nie oznacza od razu upośledzenia. Karał go za brak kolegów, czy słabe stopnie w szkole. To wszystko przełożyło się na traumy, o których możemy tu wiele poczytać. Pod tym względem dostaliśmy bardzo smutną opowieść. Na szczęście wydźwięk całej opowieści jest pozytywny. Nawet jeśli wydaje się, że cała nadzieja zniknęła, czasem wystarczy zaufać losowi, i odpowiedni ludzie sami do nas trafią. Niekiedy człowiek ma w sobie tyle siły, by po upadku podnieść się samemu, a chwilami okazuje się, że czas załatwia sprawę. Albo dobre serce obok. Takie które zrozumie i wysłucha, zamiast oceniać. Takie które się nie podda, gdy wszyscy inni się odwrócą. Takie, które nie ucieknie na widok blizn, i krzyk bólu. 


"Być może jest tak, że jeśli ktoś wmawia ci coś wystarczająco często, to w końcu zaczynasz w to wierzyć. A potem w twoim życiu pojawia się ktoś, kto sprawia, że to wszystko kwestionujesz. Dzięki niemu zaczynasz wierzyć, że jesteś coś warta."

Trzeba przyznać, że Cole "lubi" w swoich książkach poruszać ważne, ale ciężkie tematy. To też sprawia, że ta część ma w sobie o wiele mniej romansu, niż poprzednie historie. I choć nadal Katom po piętach depcze Zakon, z Kainem na czele, to akcji mamy tu nie wiele. Owszem, jak zawsze zdarzają się skoki napięcia, oraz bezpośrednie starcia, ale nie jest to dla czytelnika park rozrywki. Raczej piaskownica pod blokiem, w której brat bratu zabiera zabawki. A skoro o rodzeństwie mowa, to znowu właśnie epilog dostarcza nam największych emocji. Czwarty tom serii poświęcony zostanie pewnemu prorokowi, i choć Maddie i Flame dostają w mojej tabelce zaledwie 5/10 punktów, to zbliżająca się wielkimi krokami premiera "Odkupienia", została przeze mnie wpisana do kalendarza czerwonymi literami. Czuję, że tam to dopiero będzie się działo!

"Nigdy nie uważałam się za silną kobietę. Ale to niesamowite, ile człowiek potrafi znaleźć w sobie siły, kiedy ktoś, kogo kochamy, w chwili słabości potrzebuje naszego wsparcia. Na jaką odwagę człowiek potrafi się zdobyć, by nie pozwolić kochanej osobie upaść. I jak bardzo człowiek może być szczęśliwy, gdy wpuści do swojego serca drugą osobę."


Bastuba

'Zakochane zakopane' Agnieszka Krawczyk, Krystyna Mirek, Anna H. Niemczynow, Magda Stachula, Anna Szczypczyńska, Karolina Wilczyńska, Magdalena Witkiewicz



" - Wszyscy chcemy się dowartościować. - Kasia kiwnęła głową. - Nie ma w tym nic złego, to chyba dobrze, że dziewczyna jest ambitna? 
- Ambitna, bo kłamie? Nie, no Kaśka, jakby ciebie w tym twoim sądzie usłyszeli, toby umarli ze śmiechu: "Panie sędzio, podejrzany nie kłamie dlatego, że winny, tylko dlatego, że jest ambitny"."


Ciężko stworzyć Bożonarodzeniową opowieść, która nie będzie kiczowata, niewiarygodna, albo przesłodzona do granic możliwości. Mimo to Wydawnictwo Filia pokusiło się na zebranie siedmiu historii miłosnych, opartych na świąteczno-sylwestrowym klimacie, napisanych przez siedem różnych autorek. Każda przedstawia perypetie innych bohaterów, po za jedną parą, zupełnie nam nieznanych. Tylko Magda Stachula wykorzystała przy tej okazji swoje postaci z książki "Idealna". Cała reszta, choć dostała po sześćdziesiąt stron na opowiedzenie o swoich przygodach, spokojnie również mogłaby dostać swój pełnowymiarowy czas na antenie. Bo zdecydowanie jestem fanką tych opowiadań. 


"Przyjaźń to taki układ, w którym jedna osoba wspiera drugą. Na zasadzie wzajemności."


Miasto Zakopane zorganizowało świąteczny konkurs radiowy dla par. Jego celem ma być promocja miłości, miasta i luksusowego hotelu. Zwycięzca, a właściwie zwycięzcy, wraz z drugimi połówkami, będą mogli od świąt, aż po Sylwestra korzystać z wszelkich wygód, a przy okazji na nowo się w sobie zakochać. W końcu jakie inne miasto nada się do tego tak dobrze jak Zakopane?

"Kłopoty nigdy się nie skończą. Są taką samą nieodłączną częścią życia jak dobre chwile. Zawsze się jakieś pojawią."


Wygranych, jak można się łatwo domyślić, jest siedmioro. Nie wszyscy to jednak zakochani. Znajdziemy tu bowiem opowieść o koleżankach, które przyjechały razem, by jedna z nich nauczyła się jeździć na nartach, zanim jej chłopak odkryje, że okłamała go, mówiąc, że jest mistrzynią desek, a ten zorganizował dla nich z tego porodu romantyczny wypad w góry. Nie wszystko pójdzie po myśli dziewczyn, ale hej! W tej historii też znajdzie się jakiś happy end. Mamy też małżeństwo, które przyjeżdżają do luksusowego hotelu z małej mieścinki, gdzie na co dzień zajmują się gospodarstwem, a tam ich syn zakochuje się w córce bogatego biznesmena. Obu rodzinom przyjdzie się przekonać, że łączy ich więcej niż się spodziewali, oraz że mogą się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Dalej będzie samotna fryzjerka, samotny ojciec uroczych dziewczynek, korporacyjna szczurzyca i małżeństwa, dla których 'grać na dwa fronty' można nie tylko na froncie. Bywa śmiesznie, bywa wzruszająco, ale czytelnik nie może się nudzić. Powiedziałabym nawet, że niektóre historie chętnie by się wydłużyło. Moją nową ulubienicą w tych klimatach zostanie Karolina Wilczyńska, bo mam słabość do męskich bohaterów, którzy wiedzą czego chcą, potrafią być wsparciem i mają w sobie coś z rycerza ma białym koniu. Albo w terenowym wozie. 

"Sportowcy tak mają, że uwielbiają się ścigać przy każdej nadążającej się okazji. Czasem prowadzi ich to na szczyt, ale bywa, że spala od środka."



Bałam się, czy takie częste skakanie między fabułami nie będzie męczące. Okazało się, że nie tylko było to bardzo pobudzające mózg do skupienia, ale również dało możliwość poznania nowych, świetnych autorów. Choć tak jak przyznałam wyżej, udało mi się wybrać ulubioną opowieść, to swoim poczuciem humoru w całości kupiła mnie Agnieszka Krawczyk, oraz Krystyna Mirek. Z twórczością obu tych pan jeszcze nie byłam zaznajomiona i już wiem, że muszę to szybko zmienić. Bo brakowało mi oryginalnych postaci, ciekawych pomysłów, dynamicznej akcji, a wszystkie autorki, które przyczyniły się do powstania "Zakochanego Zakopanego" te właśnie elementy dobrej książki wykorzystały. Moje wewnętrzne przekonanie, o braku fajnych polskich opowieści w romantyczno-świątecznym stylu i obawa przed próbowaniem nowych i kolejnym zawodem, po beznadziejnej "Zakochaj się Julio!", właśnie została przełamana. Takie niespodzianki to ja lubię, bo ta miłość w Zakopanem dostaje ode mnie 8/10. 

"Czasem lepiej się zaprzyjaźnić, niż pokonać, a główna sztuka polega na odróżnieniu jednej sytuacji od drugiej."

Bastuba

"To, że ktoś ma piątki w szkole, jeszcze nie oznacza, że będzie miał piątki w życiu."
Copyright © CZYTADO